poniedziałek, 1 października 2018


1 września
Zmarł tato Gośki. Wszystko, co się działo wcześniej i stanie później, będzie już dla niej podzielone.
Obie wiemy, że ona dzisiaj krwawi, ale nikogo to nie ominie. Jest teraz bliżej śmierci, stąpa po jej nieznanej ziemi. A potem wróci.
Nieludzkim byłoby się nie bać. Wiara tak bardzo wydaje się ubieraniem trwogi.

2 września
Tylu mądrali pisało o śmierci. I nadal wszystko się tylko urywa.
Dla nas tutaj.

3 września
Piekiełko początków w nowej szkole. Co z tego, że przewidziałam.

4 września
Każdy nauczy się na własnych błędach. Cudze są nierzeczywiste. W ogóle niesłyszalne.

5 września
Coraz bliżej zmiany szkoły. Niekończące się rozmowy. Wyczerpanie. I znowu rozmowy. Problemy oglądane tysiąc razy z każdej strony. Ważone, mierzone. Głębokie poczucie niewłaściwości. Dysonansu.
Bolesne nieporozumienie.
„Hell is empty and all the devils are here”.
„Burza” Szekspir
(po angielsku dużo lepiej brzmi)

6 września
Kupiłam bilety na „Wieloryba The Globe”.
Decyzja dotycząca szkoły zapadła.

7 września
Przeniesienie poszło szybciej niż sądziłyśmy. Zośka odżyła, śmieje się, wygłupia.
Ma bardzo proste potrzeby: przyjazna atmosfera, nauczyciel wyjaśnia, zaufanie.
Na szczęście szybko można sprawdzić, która szkoła z pewnością NIE ma szansy ich zaspokoić.

8 września
Wydałam pacjentowi na receptę trzy opakowania leku, ale przyjęłam płatność za dwa. No trudno, musiałam zapłacić za trzecie z własnej kieszeni. Zdarza się. Nie było to co prawda miłe, ale zawsze lepiej pomylić się w kasie niż w leku (stara śpiewka farmaceutów, którzy zaliczyli podobną wpadkę). Nie minęła godzina, kiedy pacjent powrócił. Przyszedł z paragonem i powiedział, że chyba błąd popełniłam w obliczeniu. Więc przyjechał z domu żeby oddać mi pieniądze.
Są ludzie.

9 września
Impreza rocznicowa rodziców, piękny dzień, prawie jesienny, nostalgiczny, po obiedzie spacer w parku.

10 września
Pierwszy dzień w nowej starej szkole. Łatwiej, ale nie łatwo.

11 września

Wisława Szymborska
Fotografia z 11 września

Skoczyli z płonących pięter w dół
- jeden, dwóch, jeszcze kilku
wyżej, niżej.
Fotografia powstrzymała ich przy życiu,
a teraz przechowuje
nad ziemią ku ziemi.
Każdy to jeszcze całość
z osobistą twarzą
i krwią dobrze ukrytą.
Jest dosyć czasu,
żeby rozwiały się włosy,
a z kieszeni wypadły
klucze, drobne pieniądze.
Są ciągle jeszcze w zasięgu powietrza,
w obrębie miejsc,
które się właśnie otwarły.
Tylko dwie rzeczy mogę dla nich zrobić
- opisać ten lot
i nie dodawać ostatniego zdania.

12 września
„Jesteś tym, co kochasz a nie tym, co inni kochają w tobie.”
Spike Jonze Adaptacja

13 września
To jest próba wybrania trzech obrazów (zadanie):
Kobieta z wagą – Vermeer
Pallas Athena – Rembrandt 
https://gulbenkian.pt/museu/en/works_museu/pallas-athena/
Autoportret z naszyjnikiem z cierni i kolibrem – Frida Kahlo
trzeba sobie znaleźć

14 września
Dzień bez myśli wartych uwagi.

15 września
W Azji jest państwo Birma. Okazuje się, że teraz to Mjanma. A dokładnie Republika Związku Mjanma. (Ze stolicą w Naypyidaw.)
I z nazwy kraju zrobiła się sprawa polityczna, a o jej zasięgu nie mamy nawet pojęcia.
I to wcale nie było wczoraj.

16 września
J: Obliczyłaś masę ciała Krzyśka na podstawie masy Saturna?
Z: Dobra, już wiem.
J: Czekaj! A jak pani w sklepie cię zapyta: 10 deko szynki?
A na jakiej planecie?

17 września

William Butler Yeats

Poeta pragnie szaty niebios (Leszek Engelking)

Gdybym miał niebios wyszywaną szatę
z nici złotego i srebrnego światła,
Ciemną i bladą, i błękitną szatę
Ze światła, mroku, półmroku, półświatła,
Rozpostarłbym ci tę szatę pod stopy,
Lecz biedny jestem: me skarby - w marzeniach;
Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy;
Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach.


Tkaniny niebios (Stanisław Barańczak)

Gdybym miał niebios ozdobne tkaniny,
Z haftem złotego i srebrnego światła,
Ciemne, półmroczne, błękitne tkaniny
Nocy, przedświtu i dziennego światła,
Rozpostarłbym je, rzucił pod twe stopy:
Lecz mnie, żebraka, stać tylko na sny;
Rzuciłem rozpostarte sny pod twoje stopy;
Stąpaj ostrożnie – depczesz moje sny.


18 września

Próg to moje miejsce
Za plecami cisza
zaciszna
W kalendarzu czas
znudzony kat

Wciąż niegotowa
nakarmić pragnienia
i głodna
Zaryzykuję wszystkim
gdy wyjdę
ze znanej siebie
czy martwej

Co może się stać
na progu
jak przejdę na drugą stronę
czy wrócę

O ile zmieni się
położenie co wtedy
kto zostanie
jak zginę


19 września

Od światła zależy
że rzeczy zwyczajne
wyglądają specjalnie
Ono sprawia

Światło ukazuje piękno
wydobywa
też ja być mogę

Światło zależy od pory dnia
od wieku duszy

Moje jest jasne
widoczne z kosmosu
nie każdy

Światło masz własne
lubię je
zmienia

20 września
Rozpoczynam leczenie, zachorowały mi uszy. Wahałam się, bo wiem (!) co za medykamenty zostały tu zapisane, ulotka ma z półtora metra. Jednak ufam lekarzowi, który moje uszy zna jak nikt.
Pisanie dodaje otuchy.

21 września
„Wieloryb the Globe”
Krzysztof Globisz zaprezentował aktorstwo jakie wielu jego kolegów, a z całą pewnością reszta obsady spektaklu, może tylko podziwiać.
Wszystkie części z jego aktywnym udziałem (na scenie był cały czas, często odpoczywał) to czyste złoto. Choroba sprawia, że sztuka i życie splotły się w jedno. Jest na scenie żeby żyć, żyje żeby grać, tak to odbieram.
Nie zarejestrowałam odrobiny fałszu.
Szkoda tylko, że scenariusz nie dorósł do kunsztu.

22 września
Miałam się źle czuć, ale nie wiedziałam, że będzie aż tak kiepsko.

23 września
Trzy odcinki „Pułapki”. Agata Kulesza - mistrzyni.

24 września
Źle się czuję. Każda komórka się we mnie trzęsie.

„Faszystowskie myślenie zaczyna się od tego, że dzieli się ludzi na złych i dobrych oraz uczy się tych niby dobrych nienawidzić tych złych.”
Jason Stanley

25 września
Całe popołudnie czytałam gazety i sondowałam #sexedpl. Jestem na tak.

26 września
Cztery odcinki „Odwróconych”. Podoba mi się.
Kończę leczenie, ale trzęsę się dalej.

27 września
Szacunek do pracownika. Towar rzadki, bezcenny. Jego brak upokarzający, destrukcyjny.

28 września
„Nie spotkałem w moim życiu nikogo, kto by stracił wiarę po przeczytaniu Marksa i Engelsa, natomiast spotkałem wielu, którzy ją stracili po spotkaniu ze swoim proboszczem.”
ksiądz prof. Józef Tischner

„Kler” sprawił mi wiele niespodzianek. Był znacznie delikatniejszy niż poprzednie filmy Wojciecha Smarzowskiego. Pozostawił wiele pytań, tematów do refleksji. To piękny obraz o ludziach, bez ocen, smutny, pełen czułości. Aktorstwo najwyższej próby. Doskonałe dialogi. Film do którego będę wracać.

29 i 30 września
Zasmarkana praca.



sobota, 1 września 2018


1 sierpnia
17.00. Powstanie.
Powiedziano i napisano mnóstwo słów.
A tylu ludzi poszło na śmierć.

2 sierpnia
Pokój Zosi – niespodzianka coraz bardziej zaawansowana. Jerzy, brat wzorowy, skręca i skręca w pocie i duchocie. Jest niewyczerpanym źródłem pomysłów, a co więcej, niestrudzenie wprowadza je w życie. Pokój przez chwilę niemały, ale zaraz znowu stanie w nim łóżko, biurko i półki na niezliczone książki, a także najtrudniej ulegające próbom ujarzmienia, przybory malarskie.

3 sierpnia
Ostatni dzień w pracy nr 1 przed urlopem. Jak zawsze obfituje w różne nietypowe telefony, prośby, pisma z koniecznością niezwłocznej odpowiedzi. Wiele osób nieobecnych, załatwienie nawet prostej sprawy graniczy z cudem. Jednak się udaje.
                                                                                     
4 sierpnia
Jadę po Zosię do Zegrzynka moją starą trasą, wielokrotnie pokonywaną w dawnych czasach (przynajmniej do Siedlec). Wypatruję, co się zmieniło przez sześć lat.
Stoją wciąż rozległe lasy, tak samo ciche. W dole cień, a słońce w koronach.
Wyjeżdżam na otwartą przestrzeń i jest horyzont, widzę daleko, moje oczy chłoną, odpoczywają. Odzwyczaiłam się od dali na trasie Bursztynowa – Chodźki.
Wyruszyłam o 6 rano, więc trawa była mokra od rosy, nad nią unosiła się poranna mgła i lśniły rozsypane kryształowe błyski.
Chyba jeszcze tylko tutaj mieszkańcy malują domy na kolor spranych niebieskich gaci albo butelkowej zieleni.
Wzdłuż tych drzew przegadałam przez telefon tysiące godzin (przez zestaw, żeby nie było).
Czarny kot poluje w trawie, wpatrzony w coś, czemu pisana dziś śmierć, nieruchomy jak rzeźba. Idealny.
Niezliczone bociany karmią się już na drogę po łąkach i rowach. Krążą nad polami.
W Łukowie te same wybujałe palmy czy draceny podsychające od dołu, na wiszącym nad samą jezdnią balkonie, przy głównej ulicy. Pięknym, żelaznym balkonie jak u mojej babci.
Są stare koszmarne reklamy na łąkach.
Dwie kobiety w chustkach na rowerach.
Pijani od rana, albo raczej od wczoraj, za młodzi mężczyźni bez koszul.
Są nowe krzyże i wypalone, brudne znicze.
Przepiękny widok z mostu nad szeroką Narwią na wodę i żaglówki przy Serocku.
Podróż powrotna do domu z Zosią przez warszawskie, mazowieckie i lubelskie roboty drogowe. Na południe.

5 sierpnia
Niedziela w aptece.

6 sierpnia
Nieśmiało czytam Bogusława Wolniewicza, filozofa, który pisze zrozumiałym dla mnie, laika, językiem.
„2. Idea losu nie jest ideą prostą. Da się w niej wyodrębnić dwie prostsze idee składowe: pierwszą jest przeznaczenie, drugą jest przypadek. (...) Nieczułość losu na nasze pragnienia i chęci, choćby najgorętsze, to jego pierwszy rys niesamowity. Można rzec, że w słowie „los” wyrażamy niepojętą obcość otaczającego nas wszechświata. (...)
4. Przeznaczenie racjonalnie pojęte ogranicza sferę przypadku. Zachodzi jednak również zależność odwrotna i to stanowi naszego losu drugi rys niesamowity.”
O idei losu 2010

7 sierpnia
Wybieranie, zakupy, przewożenie, wnoszenie, składanie. IKEA naszym źródłem.
Niepokojące wyniki Zosi.
Niepokojące informacje w TV.
Niepokojące prognozy pogody.
Można zwariować, albo przestać się przejmować i napić.
Katarzyna Nosowska napisała o Fismollu, że upłynnia jej serce. Moje też.

8 sierpnia
Przyjemny dzień, urlopowy. Trochę leniwy, jakieś sklepy, kawa w cukierni, długi spacer z psem.

9 sierpnia
Jest piekło i jedziemy do piekła (w Portugalii niedawno padł rekord 45 stopni).

10 sierpnia
Podróż do Warszawy staje się coraz ciekawszym wyzwaniem. Wyjechałyśmy o 14.30, żeby mieć dużo czasu na spokojne postoje na kawkę, bezstresowe dojechanie na parking. Ale nadciągnęła burza, ponuro rozwłóczyła się po niebie i zaczęła groźnie błyskać. Zadęło i lunęło. Drogi nie widziałam. Zjechałyśmy do autobusowej zatoczki, ale drzewa na polu wyginały się wciąż zbyt blisko. Leżało też jedno w poprzek drogi, ledwie się przecisnęłam. Na lotnisku na czas, jednak nie trzeba było się spieszyć, 2,5 godziny opóźnienia, które przeszło w 3,5. Zaskoczyła mnie reakcja pasażerów wykazujących stoicką cierpliwość. To niepodobna, zwłaszcza w nocy, taki spokój Polaków.
„Ale o co ci chodzi, przecież świetnie się bawię” powiedziała Zosia, rozpoczynając czwartą godzinę na lotnisku, znad książki.

11 sierpnia
W Lizbonie pierwszy dzień. Gorący pod każdym względem. Czuję upał, znużenie po ciężkiej nocy, też zmasowanym ataku informacji i wrażeń. Rejs po Tagu, długa chwila wytchnienia, chłodny wiatr na szerokiej, poważnej rzece. Siedzimy, patrzymy. Przepływamy pod mostem 25 Kwietnia (1974 roku. Data wojskowego zamachu stanu, zakończenia okresu dyktatury w Portugalii; od kwiatów wetkniętych w lufy karabinów wzięła się nazwa przewrotu: rewolucja goździków, to zdarzyło się za mojego życia, a nic o tym nie wiedziałam). Most jest imponujący, zachwyca mnie (jak każdy).

12 sierpnia
Zrealizowałyśmy pierwszy punkt obowiązkowy na naszej lizbońskiej liście – Muzeum Narodowe Azulejo. Biało-niebieskie, wielobarwne płytki, gładkie bądź fakturowane, ale też klasztor Matki Boskiej, w którym mieści się zbiór, są wychwalane nie bez powodu. Niezwykle wyrazisty, ekspresyjny rodzaj sztuki, którego w żadnym razie nie powinno się przenosić na inny grunt. Ściany, fasady, wnętrza z kafli - tylko w Portugalii (i w Hiszpanii).
W Państwowym Muzeum Sztuki Antycznej (wszędzie w Lizbonie wiszą reklamy MNAA) przykuł nas do siebie na długo Hieronim Bosch i tryptyk „Kuszenie świętego Antoniego”. Dziwaczne postaci, przerażające i fascynujące, a rok 1501!
Zaczynam ogarniać rozplanowanie miasta, Lizbona staje się w moich oczach, nabiera kształtu. Zwiedzamy ją, intensywnie poruszając się wszystkimi dostępnymi środkami komunikacji publicznej. Najczęściej metrem, zadziwiająco innym od londyńskiego, szerokim, przestrzennym, pełnym sztuki. Podoba mi się wykorzystanie azulejo na niezliczoną ilość sposobów do ozdabiania stacji.
Lizbona miała być najmniejszą stolicą Europy a zadziwia rozległością. Bardzo wiele uroku daje położenie miasta na wzgórzach i nad rzeką, tysiące możliwości widokowych.
Styl manueliński – nasze odkrycie. Nazwa pochodzi od panującego ówcześnie król Emanuela Szczęśliwego. Natychmiast rozpoznałyśmy, że Rivendell to ten styl.

13 sierpnia
„Ryba” Magdaleny Abakanowicz na stacji metra Oriente znów potwierdza, że metro to galeria sztuki. Przybyliśmy do Parku Narodów (Expo 98). Niemal bezludny bulwar nad rzeką, w oddali most Vasco da Gama, widzimy wieżę Vasco da Gama - płynącą karawelę. Celem wycieczki jest wizyta w oceanarium. Muzyka wody, ryby błądzące w rytm ruchów Browna działają na nas kojąco. Spokój, bajeczne barwy i piękno chaosu.
Znowu metro, jego obszerna przestrzeń i Lizbona, wszędzie azulejo, kościoły, uliczki pod górę, albo w dół, turyści, restauracje, sklepiki, pamiątki, słońce, rozgrzane ściany domów, carcada portugesa – piękne utrapienie pod nogami. Chodniki w całej Lizbonie są jak mozaika, ale wypolerowana, śliska i niebezpieczna, ze względu na ciągłą stromiznę. Wyłącznie płaskie buty.
Wieczór fado ostatecznie mnie przekonał, że muzyka portugalska jest zbyt wyrazista. Afektowana.

14 sierpnia
Dwa oszałamiające miejsca w Sintrze, sama Sintra. Historia Portugalii jest mi tak obca, że nawet nie próbuję zapamiętać imion władców, ani kolei zdarzeń. Ale miejsca, są takie fantastyczne miejsca. Pałac Pena (połowa XIX wieku) to chyba najbardziej romantyczna z wymyślonych budowli; kolorowa jak papuga, położona na wzgórzu w ogromnym parku. Przyjechaliśmy tam rano, kiedy wszystko było otulone chmurami czy mgłą, mroczne, tajemnicze. Z pałacu krajobraz w każdą stronę widoczny na dziesiątki kilometrów, na przykład na Zamek Maurów.
Quinta de Regaleira (z początku XX wieku) przypomina rezydencję z koronki. Styl neo-manueliński kolejny raz. Ogród pełen tajemnych przejść, fontann, grot; bajki i masoni. Wielkie drzewa, filigranowe rzeźby, misterne wykończenia.
Młodzi kelnerzy flirtujący z Zosią. Pyszne jedzenie, ryby i owoce morza.

15 sierpnia
Cascais, tak sobie wyobrażam Lazurowe Wybrzeże. Miasteczko ciągnące się kilometrami, schodzące do oceanu, plaże, zatoki, porty, ludzie. Spokojny dzień, powolny, portugalski, czyli bez pośpiechu, we własnym tempie. Młodzi mężczyźni przypominający z grubsza rastafarian pogadali i sprzedali Zosi za grosze ręcznie uplecione bransoletki.
Pociągiem wracamy do Lizbony. Plażowicze w zapiaszczonych klapkach prosto znad oceanu spokojnie drzemią, oparci głowami o szyby.

16 sierpnia
Fatima – na polu, gdzie sto lat temu pod opieką pastuszków pasły się owce, wybudowano giganty. Plac do modlitwy jest dwa razy większy od placu św. Piotra w Rzymie, Bazylika Trójcy Przenajświętszej mieści 9 tysięcy wiernych. Czwarty z największych kościołów świata,  przypomina ogromną salę wykładową. Na budowę całego kompleksu środki przekazali ludzie, taka jest moc wiary w życie lepsze.
W Obidos natomiast króluje duch czternastowiecznego miasta, które najechały hordy barbarzyńców z przyszłości. Ludzi, którym wyrósł nowy, być może najważniejszy organ: -phone. Na szczęście wystarczy skręcić w pierwszy lepszy zaułek, gdzie nie ma jedzenia ani pamiątek i turyści się tak nie kręcą.

17 sierpnia
Same w Lizbonie.
Najpierw kulturalna uczta w Muzeum Calouste Gulbenkiana. Kolekcjoner był brytyjski biznesmenem, który zdobył fortunę na złożach naftowych. Był jednym z najbogatszych ludzi na świecie, filantropem i pasjonatem sztuki. Wszystko pozostawił Portugalii (i nie tylko).
Potem była uczta w Ground Burger, jedzenie mało portugalskie, ale przepyszne.
Po południu odbyłyśmy daleki, pożegnalny spacer po mieście i wycieczkę Mostem 25 Kwietnia do Caparica, miejscowości leżącej już nad Atlantykiem. 
Most 25 Kwietnia został wybudowany w 1966 roku i nazwany Mostem Salazara. Ma 6 pasów ruchu i tory kolejowe pod autostradą. Został wybudowany przez American Bridge Company (kocham ich), autora San Francisco - Oakland Bay Bridge a nie Golden Gate, porównanie do którego często się narzuca dzięki dwóm ogromnym pylonom, no i cały jest pomalowany na czerwono. Ma całkowitą długość 2 277 metrów, daje mu to 27 miejsce wśród najdłuższych mostów wiszących na świecie. Ale przecież Lizbona leży nad rzeką, co skazuje ją też na inne na mosty. (Przez to, że leży nad rzeką, a nie rzeka przepływa przez nią i to, że Tag jest na jej wysokości bardzo szeroki, mosty są tylko dwa.) Przepiękny Vasco da Gama położony tuż obok miasta. 17 200 metrów długości, przęsło główne ma 829 metrów (!!!) a rozpiętość między pylonami to 420 metrów. Istne cudo. Został oddany do ruchu w 1998 roku, w 500 rocznicę odkrycia przez jego patrona drogi morskiej do Indii. Jest drugim najdłuższym mostem w Europie (nie licząc niedokończonego jeszcze mostu Kierczeńskiego - „mostu Putina”, łączącego Rosję z Krymem). Palmę pierwszeństwa dzierży Great Belt Bridge w Danii (18 000 metrów). To wszystko tak na marginesie, ale nie mogę się powstrzymać.

18 sierpnia
Powrót nocą nawet nie był bardzo uciążliwy. Za to dzień przebimbany kompletnie.

19 sierpnia
Żyję jeszcze Portugalią.

20 sierpnia
„Dlatego opowieść o faktach musi zawierać filtry, odniesienia, półprawdy, półkłamstwa: a efektem tego jest wyczerpujące mierzenie minionego czasu w oparciu o niepewną skalę słów”.
Elena Ferrante „Historia nowego nazwiska”

21 sierpnia
„Los nie jest nam bowiem dany z tytułu urodzenia, dane nam jest tylko życie. Los natomiast to zdolność wyobrażenia sobie naszego życia w wymiarach przeznaczenia. A to bardzo trudne i może nie każdego na to stać.”
Wiesław Myśliwski „Ostatnie rozdanie”

22 sierpnia
Przeżyłam chwile grozy, zepsuł mi się pendrive, na którym miałam bloga na brudno i poukładane zdjęcia z Portugalii. 24 godziny niepewności. Czarodzieje uratowali zawartość, przegrali na płytę. Mam pisać dalej...

23 sierpnia
„I może nawet jestem dzięki temu, że patrzę. Nie musiałem sobie niczego wyobrażać, nie czułem nawet, że jakiekolwiek słowo chce się we mnie narodzić, bo wszystko było w tym patrzeniu. Niekiedy nawiedzało mnie wręcz poczucie, że to patrzenie jest niezależne od mojego istnienia. Tylko czy możliwe jest istnienie świata niezależne od człowieka? Któż by go wówczas przeżywał, doznawał, potwierdzał? Co poza człowiekiem mogłoby zapewniać istnienie światu? I może do tego sprowadza się nasza niezbędność?”
Wiesław Myśliwski „Ostatnie rozdanie”

24 sierpnia
„Czy po prawdzie człowiek kiedykolwiek opuszcza swoją młodość? Czy nie nosi jej w jej w sobie do śmierci? Nawet umierając, czy nie ma poczucia, że umiera za wcześnie, bo nie wygasła w nim jeszcze młodość?”
Wiesław Myśliwski „Ostatnie rozdanie”

25 sierpnia
Do apteki weszła para, z całą pewnością nietrzeźwa. Zażądali pomocy i facet zaczął się rozbierać, nie dało się go powstrzymać. Moja koleżanka uciekła z ekspedycji.
Miał na łopatce ranę, a właściwie głębokie wycięcie o długości 10 centymetrów. Zupełnie suche, bladoróżowe. W pierwszym odruchu zasugerowałam SOR, rana nadawała się z całą pewnością do szycia. Para grzecznie się przyznała, że oboje są alkoholikami, pani żyletką wycięła panu paskudnego czyraka, a on jest całkowicie nieubezpieczony i na SOR nie pójdzie.
-Nie pójdzie pan?
-Nie – potwierdził z ujmującym uśmiechem. Zachowywał się bardzo spokojnie i grzecznie. Był przystojny, bardzo szczupły. Zaopatrzyłam ich w to, co mogłam, kobieta zapłaciła kartą (a jakże) i poszli.
Długo o tym myślałam. Znałam jednego z nich, alkoholików. Nie żyje od wielu lat, był sąsiadem z osiedla. Nie musiał tak skończyć, jego bratu udało się wyrwać. Chyba nie dawał rady żyć.

26 sierpnia
Pewna panna powiedziała mi, że już wie, co chce robić - będzie aktorką.
Uważam, że jedną z paskudniejszych rzeczy w życiu jest robienie tego, czego się nie lubi, a z czasem nawet nienawidzi. Jeżeli wiesz, czego chcesz, to jest bardzo dużo. Potem trzeba to zrobić – powiedziałam nierozważnie, mądrze, naiwnie i z miłością.

27 sierpnia
Przygotowuję dwa albumy – książki ze zdjęciami z Gdańska i Portugalii. Sprawia mi to wielką przyjemność.
Mam zamęt w głowie, tak wiele spraw ma wpływ, zmienia postrzeganie, blask w cień, równowagę w balansowanie.

28 sierpnia
Trudne relacje, nie rozwiązywane przez całe lata. Naciągane oczekiwania, niemożliwe do spełnienia. Niezrozumienie. Moje sprawy i nie moje. Trudno zachować spokój.

29 sierpnia
„Ze wzrostem poczucia władzy rośnie poczucie własności, a maleje poczucie rzeczywistości.”
Antoni Kępiński

30 sierpnia
Lato przechodzi w jesień. Wiatr wieje pogodnie i ciepło, słońce grzeje, ale nie pali. Jest ciszej. Pachną gruszki i śliwki. Szaleją muszki owocówki (picie staje się walką). Zaraz zacznie się szkoła i wszystko się zmieni. Będzie trudno i pochłonie nas porządek.
Poszłabym na grzyby, ale boję się kleszczy.

31 sierpnia
Wyniki Zosi lepsze, więc chwila oddechu. Dzień wydawania pieniędzy w dobrym towarzystwie.



środa, 1 sierpnia 2018


01.07.
Międzynarodowy Dzień Psa.
Nie wyobrażam sobie dnia bez psa.

02.07.
Powoli zabieram się do myślenia o wyjeździe.
Nie lubię tych kilku dni przed podróżą. Ale kiedy już ruszymy! - koniec z nudnymi wpisami.

03.07.
Jutro będzie wiadomo, czy Zosia dostała się do Staszica. Jeżeli dostanie się, czeka ją nowa szkoła, o której wprawdzie marzy, jednak te marzenia mogą okazać się kupką roztrzęsienia. (Obym się myliła). Jeśli się nie dostanie, to prawdopodobnie będzie w swoim starym gimnazjum, które przekształciło się w XXX LO i chociaż mnie to nie martwi, dla niej może okazać się porażką. Z drugiej strony, z całą pewnością będzie jej łatwiej. O Staszicu mówią, że szóstkowe dzieci spadają na dwóje i tróje, co nie jest przyjemne, zwłaszcza w okolicznościach, gdy wszystko nowe. Dla jej zdrowia to niekorzystne. Niedostanie się też byłoby niekorzystne dla jej zdrowia. Która opcja jest lepsza? Która się okaże? Komputer już wie, zimny drań.
Dzisiaj nerwowe oczekiwanie i nieświadomość pełna nadziei.

04.07.
Długa podróż do Gdańska blednie przy dzikiej radości Zosi - dostała się do Stasia!
A Gdańsk piękny jak zawsze, Neptun, Długi Targ, turyści, ale niezbyt wielu.
Uroczy Kobza Haus na Wyspie Spichrzów.

05.07.
W Muzeum Narodowym pustawo. Przyszłyśmy zobaczyć Sąd Ostateczny Hansa Memlinga. Zosia pisała o nim pracę w szkole. Jest niesamowity i znacznie większy niż sądziła (ja nie miałam zdania). Wysłuchałam wyczerpującego i bardzo interesującego wykładu na temat.
Podziwiałyśmy żaglowiec, którym mamy płynąć jutro. Majestatyczny. Inne żaglowce. Słońce
i rzeczywistość nierzeczywistą.

06.07.
Znowu muzeum. Wielu grzecznych cudzoziemców. Stare mury szerokiej wieży, bursztyn prawdziwie piękny w nowoczesnej, luksusowej wersji.
Ale to Europejskie Centrum Solidarności zrobiło na mnie największe wrażenie, chociaż miało przede wszystkim zrobić na Zosi. Wprost przedstawione wydarzenia, historia, którą przecież bardzo dobrze znam. Wiele młodych osób w skupieniu słuchających przewodnika w słuchawkach. A ten przewodnik naprawdę dobry. Nie widziałam ciekawszej wystawy, najlepsza wersja multimedialnej nowoczesności.

Parada rekonstruktorów bitew, szłyśmy razem z nimi przez miasto.

I w końcu rejs. Początkowo nie miał wiele wspólnego z romantyzmem, przestrzenią i wiatrem.
Bo wiatr wiał jak cholera, kanałami nawet najpiękniejsze żaglowce pływają na silniku i plątało się po pokładzie mnóstwo turystów, którzy na szczęście, po pierwszym zachwycie trochę się uspokoili i przycichli.
Dopiero na wodach Zatoki Holendrzy uwolnili żagle…

07.07.
Siedziałyśmy długo w kawiarni na Długiej. Nad kawą i lemoniadą. Lodami i jogurtem.
Później pojechałyśmy obejrzeć rekonstrukcję bitwy morskiej ze Szwedami (1628) o Twierdzę Wisłoujście. Artyści, pasjonaci, marzyciele, prawdziwy huk, dym i wrzawa.
I ledwie zdążyłyśmy na Zakochanego Szekspira do teatru. Sztuka zabawna a teatr niezwykły.
„Zapraszamy do jedynego na świecie teatru z otwieranym dachem, którego otwarcie zajmuje zaledwie 3 minuty! Budynek, uznawany za jedno z największych dzieł architektury ostatnich lat, pokryty jest 1 200 000 antracytowych cegieł i ceglanej kostki brukowej, a jego drewniane wnętrze przenosi widzów do czasów Szekspira. Jako jedyny teatr w Polsce wystawia spektakle na scenie elżbietańskiej.” - ze strony Teatru Szekspirowskiego.

Zjadłyśmy najlepszą kolację w Machina Eats&Beats na Chlebnickiej.

08.07.
Cywilizacyjny szok po przesiadce z Pendolino do TLK Ogiński. Nie czepiam się, ale było ze 30 stopni bez burżujskiej klimatyzacji. Pasażerowie do ostatniego miejsca. Przystanek na każdej stacji. W Łukowie 20 minut.

09.07.
Pozapominałam o różnych ważnych sprawach i trzeba było szybko wszystko nadgonić. Wrócić.

10.07.
My tutaj pitu pitu a okazuje się, że ten obóz Zosi to jest grubsza sprawa. Egzamin na sternika jachtowego podobny do tego na prawo jazdy. Czym prędzej kupiłam podręcznik. Na szczęście wszystko, co z jakąkolwiek nauką jest związane, Zosi się podoba (jeszcze).

11.07.
Gra towarzyska „Tajemnicze domostwo”, pierwszy raz grałam w zespole - wygrywają wszyscy albo wszyscy przegrywają, nie mogliśmy się oderwać. Ile ludzie mają pomysłów, wyobraźni. Nie znoszę nadużywanego słowa „kreatywny”, ale tutaj idealnie pasuje.
A przy okazji, bardziej niż „kreatywny” przeszkadza mi wyraz „witam”, którym, mimo licznych negatywnych opinii i komentarzy, posługują się nagminnie osoby piszące e-maile.

12.07.
Zawsze pełno było absurdów, ale taka kumulacja? Dzień świra.

13.07.
Planowanie urządzenia pokoju Zosi, żeby na nową szkołę miała nowe graty. Ikea to największy przyjaciel prostych i tanich przeobrażeń.
Tanich?

14.07.
W pracy cały dzień. Nikt mnie nie zaskoczył. Żadnych niespodzianek. Ale wczoraj zaczęłam czytać „Tekst” Dmitrija Głuchowskiego. Wielbię jego styl. Wyobraźnię. Świat.
Przeglądam Fb; dziadek Bryan Adams, dziadki z AHA, dziadek Sting, ale to przecież jest skutek moich polubień. Co za ulga…

15.07.
Dzień z osobą, z którą zawsze spotykam się, jakbyśmy widziały się wczoraj. Szczęście mieć kogoś takiego. Życie nasze bardzo bliskie, tyle już lat.

16.07.
Ukazała się lista podręczników do szkoły. Kiedyś szło się do trzech księgarni na krzyż dystrybuujących podręczniki z przydziału, brało się w siatę i do domu. A teraz pół dnia sprawdzałam w Internecie gdzie kupię za jednym razem jak najwięcej woluminów, jednocześnie nie płacąc fortuny. I żeby jeszcze wszystko się zgadzało. Tytułów nie kończące się strony, wydawnictwa, serie, daty wydania a okładki podobne. A nawet jeśli wygląd wydaje się taki sam i cała reszta, to jakąś naklejkę przykleją i już nowy byt. Ceny mogą się różnić o 50 procent, nie wspomnę o egzemplarzach używanych. Więc dumna jestem z siebie, kupiłam 14 podręczników u dwóch sprzedawców tylko!

17.07.
No i zdjęcia okazały się nieprawdziwe, a nawet opisy. Ale! Ku mojemu zdumieniu zakupów, które już dotarły, dokonałam w lubelskim antykwariacie. I co więcej, udało się wymienić polubownie na znacznie ładniejsze egzemplarze.

18.07.
Jakże można zsynchronizować się z kimś tak, żeby bezkolizyjnie odbywać codzienność. Niemożliwe. Przy takiej czułości neuronów – niemożliwe. Zazdroszczę ludziom, których nie boli obecność, nie dotyka ułomność relacji. Dziwne, że jednocześnie zawodowo odczuwam empatię i wyrozumiałość.

19.07.
„Samotność to poczucie braku odpowiedzi.”
Jerzy Kopania Samotność metafizyczna
Zeszyty naukowe Centrum Badań im. Edyty Stein – Wobec samotności; numer 12; Poznań 2014

„Filozofia pojawiła się w momencie, w którym człowiek uświadomił sobie samego siebie. To dopiero umożliwiło mu uświadomienie sobie, że oprócz niego istnieje coś, co nim nie jest, co pozostaje względem niego inne, zewnętrzne. Najpierw człowiek zadziwił się sobą, a dopiero później mógł doznawać zdziwień, postrzegając zjawiska przyrody.”
Ibid.

20.07.
Pogrzeb starszego pana.
Ksiądz: „Ale jest ktoś, kto cieszy się ze śmierci pana Władysława – pauza - jego żona, którą pożegnaliśmy w zeszłym roku. Dlatego mniej boli ból, który powinien boleć.”
Próbowałam to zrozumieć.

Artur Schopenhauer napisał:
„Sceny naszego życia podobne są do obrazków w masywnej mozaice, które z bliska nie robią wrażenia; trzeba stanąć od nich z dala, aby ocenić ich piękno… Rzeczy teraźniejsze natomiast przyjmujemy w poczuciu tymczasowości, uważając je za nic innego, jak tylko drogę do celu. Dlatego to ludzie, spoglądając u kresu swych dni wstecz, stwierdzają zazwyczaj, że całe ich życie upłynęło pod znakiem „ad interim”, i ze zdziwieniem widzą, iż to, co na ich oczach przechodziło tak niedocenione i mdłe, stanowiło właśnie ich życie… i tak z reguły przebiega ludzkie życie – człowiek, mamiony nadzieją, pląsa wprost w objęcia śmierci.”

21.07.
Kończę czytać najlepszą książkę.
„Tekst” Dmitrija Głuchowskiego.
Naprawdę.

Uważam, że najtrudniejszymi relacjami w życiu są matki, ojca z dzieckiem, i w drugą stronę. Oznacza to, że mamy co najmniej dwa ultra delikatne związki w życiu. Plus każde własne dziecko. Związki przerastające wszystkie sfery naszego życia. Nawet wtedy, gdy rodzic wcześnie umiera, albo odchodzi. Powiązane delikatnie i niezwykle czułe na emocjonalne fałszerstwa. Wymagające, wręcz bezwzględne. Nie liczące się z rzeczowymi argumentami, logiką. Nie da się od nich uciec. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że niczego nie odkrywam. Ja to sobie po prostu uświadamiam.

22.07.
Zosia pojechała na obóz żeglarski.
Jest niedziela, upalna, słoneczna. Wyszłyśmy z Azją na spacer i do cukierni. Na osiedlu pusto i cicho. Rozgrzany chodnik, miękki asfalt. Bzyczą jakieś owady, pachnie trawa, zawsze tak samo w lipcowe, wakacyjne niedziele.

23.07.
„Bo to nie to samo żyć, a wiedzieć o tym.”
Wiesław Myśliwski Ostatnie rozdanie

24.07.
Zosia przeżywa ciężkie chwile – pierwsze godziny na żaglówce, wszystko spada naraz.
Mam nadzieję, że z każdym dniem będzie lepiej.

25.07.
„Tym nieustającym lękiem napawa nas to, że jesteśmy, a nie jesteśmy w stanie sprostać temu, że jesteśmy. Wielkie to brzemię sam dla siebie człowiek.”
Wiesław Myśliwski Ostatnie rozdanie
Kupiłam nową książkę o filozofii, książkę o psach i o żaglówkach, jakbym nie miała co czytać.

26.07.
Zosia jest bardzo zmęczona na obozie. Może to zbyt
Wszystkiego za dużo
I teraz czy jestem nadopiekuńcza
Czy to tylko życie
Każdy jest jakoś za

27.07.
Mama po operacji. W ogóle nie chciała się obudzić. A wiadomości są dobre.
To zaćmienie trwa i trwa.
 22.21 - Księżyc jest maksymalne zasłonięty Ziemią a ja siedzę sobie na balkonie i mam jak na dłoni, nad lasem, wszystkie te zebrane w kulkę zachody Słońca. Mars świeci jasno jak latarnia, wiele jaśniej niż Księżyc.
Widzialna nasza maleńkość.
Zauroczona pokornie

28.07.
Sobota i niedziela, niedziela i sobota w pracy.
A w pracy klimatyzacja
A na dworze tropikalny upał

29.07.
Jestem zmęczona.

30.07.
Uważam że świat oszalał. Naprawdę, wystarczy włączyć jakieś media.
Brakuje marginesu na zdziwienie. Może już trzeba zacząć się bać.

31.07.
Kompletna demolka w pokoju Zosi, Jerzy rozkręcił wszystkie meble, powoli wyjeżdżają z mieszkania. Będą nowiusieńkie, pachnące fabryką.
Jerzy jest mistrzem układania, dopasowywania, kompresji. Najpierw robi wielki bałagan a potem staje się porządek i (trochę) inne życie.